Translate

środa, 3 grudnia 2014

Nowoczesna kuchnia

Jakoś tak się składa że w towarzystwie Leli często biorę udział w czymś na rodzaj kuchennych eksperymentów. Nie wiem czy ona to robi specjalnie, czy przez przypadek, czy to po prostu dbałość o mój rozwój i ciągłe poszerzanie smaków ale zafundowała mi już wiele mniej lub bardziej wybuchowych ciekawostek, w tym słynnego hot-doga z cukrem.
Ok, wiem – to akurat nie było planowane, miał być szybki zjazd na stację paliw po benzynę i „coś na drogę”. A to, że:

- złośliwe opakowanie za nic nie chciało uwolnić zawartego w sobie cukru w stronę jej kawy,
- ..mimo podjętej walki twardo nie dawało za wygraną…
-.. a jak już dało to wszyscy w promieniu pięciu metrów dowiedzieli się tego i owego w temacie kuchni nowoczesnej, i niebanalnych połączeń (np. rosół z cukrem)…

…to już zupełnie inna historia. Oczywiście jak łatwo się domyślić połowa zawartości saszetki trafiła w cel najbliższy do osiągnięcia, konkretnie w moją bułkę. Z parówką[1]. Okazało się jednak że to wszystko nic…jadąc do pracy dowiedziałam się o istnieniu kilku potraw, co do których nie miałam żadnej wątpliwości iż NIE chcę wiedzieć jak wyglądają, smakują, pachną itp, no chyba że w celu uniknięcia przykrej niespodzianki w przyszłości. Ale po kolei.
Dziś znów biegłam na tramwaj[2], i znów miałam ciekawe towarzystwo. Siedzący obok mnie pan w garniturze prowadził przez całą drogę na Bronowice rozmowę telefoniczną traktującą o jego wspaniałej pracy w wielkim biurze, oraz dzisiejszym obiedzie jaki dane mu było zjeść; a im bardziej rósł przy tej opowieści jego entuzjazm, tym bardziej rosło moje i współtowarzyszy wycieczki przerażenie. Menu, wedle tego co usłyszałam było „polską kuchnią nowoczesną” a przedstawiało się z grubsza w ten deseń [mam na to świadków!]:
* Zupa na kurzych rapkach – ….bez komentarza….
* Kotlet z brukwi w słonym sosie karmelowym – ….ehhh….
i deser, ukoronowanie koszmaru:
*Lody bekonowe..
Matko kochana, lody bekonowe?! W polskiej kuchni?!
Zerkam na pasażerów stojących najbliżej, więcej niż połowa jest sinozielona i jak nic rozgląda się za papierowymi torebkami. Reszta – sądząc po minach – zastanawia się czy faktycznie usłyszeli to samo co i ja. Jakby tego było mało, facet w tempie karabinu wyrzuca do słuchawki pełne zachwytu teksty w stylu „musisz spróbować!” (akurat, jeszcze czego), „niepowtarzalne doznanie” (no w to akurat nie wątpię) czy „to wszystko Karol[3] sam wymyślił” (nie wiem dlaczego, ale przyszła mi do głowy taka myśl że ten Karol to ich chyba nie lubi..). Zaczęłam się zastanawiać gdzie ukryty jest haczyk, i czy on tak „na serio”…bo chyba nie jestem zwolennikiem tego typu szaleństwa na talerzu, które za parę chwil zrzuci ze stołu pomidorową i naleśniki (bo „nienowoczesne”!) zastępując czymś tak paskudnym jak zupa na kurzych stopach. Co to w ogóle jest za pomysł żeby wcinać wywary tego typu?!

Myślę sobie – nie wytrzymam! Wysiadamy na przystanku, pytam go o ten obiad, a odpowiedź...po prostu zwala z nóg.
„Bo to tak tylko w pracy proszę pani. U nas w firmie każdy je sałatki a nie kanapki na drugie śniadanie, a z obiadami to czasem im dziwniejsza nazwa tym lepiej. i  t  p  ”
Ahh no tak, przecież „wytrawnemu znawcy jazzu” w żadnym wypadku nie wolno przyznać się do słuchania komercyjnego radia, a plotkarskich gazet to nikt a nikt nigdy nie czytał, tylko co najwyżej „gdzieś usłyszała ale nie wie gdzie”. Wniosek z tego taki, że szaleństwo bycia modnym i cool za wszelką cenę przeszło też na kulinaria. A gdzie się podziało własne zdanie?

Swoją drogą – wygląda na to, że hot – dog z cukrem nie taki straszny jak go malują.


PS: A Karol to szef zespołu;)



[1] wciąż lepsze niż zupa brokułowa J
[2] ostatni raz…
[3] wszelkie podobieństwo…bla bla....jest przypadkowe

niedziela, 30 listopada 2014

No bo ja nie istnieję ....

Nigdy nie przypuszczałam, że sprawy jak najbardziej oczywiste dla mnie, dla innych mogą okazać się zupełnie niezrozumiałe. A jednak! Jakieś cztery tygodnie temu wybrałam się na drugi koniec świata tzn do zakątka Krakowa do którego nigdy nie jeżdżę. No bo po co, skoro tam nic interesującego nie ma.  Po trzech przesiadkach i prawie straconej godzinie wkroczyłam wreszcie do instytucji rozsyłającej po mieszkaniach prąd ( nie będę wymieniać nazwy, żeby nie robić kryptoreklamy, chociaż może i ona byłaby krypto ale na pewno nie reklama ).

Wcześniej co prawda usiłowałam porozmawiać z Bardzo Miłą Panią przez telefon, ale niestety, okazało się że są rzeczy, których za nic w świecie przez telefon wytłumaczyć się nie da. Jedną z takich spraw jest fakt moich różnych zmian nazwiska, pozostając ciągle jednak przy jednym i tym samym członie. Po urodzeniu zostały mi dane dwa nazwiska; a popełniając błąd zamążpójścia (przez wzgląd na męża trzeba było przyjąć też jego nazwisko ) z jednego swojego musiałam zrezygnować. Po powrocie do rozumu postanowiłam pozostać przy jednym z moich  oryginalnych panieńskich. Proste? Proste! No jak się okazuje nie dla wszystkich bo BMP za nic w świecie nie była w stanie zrozumieć, że ja to ja, i osoba wpisana na rachunku to też ja. Nieistotne było to, że obie te osoby posiadają to samo imię ( w końcu nie takie znowu częste), ten sam pesel i ten sam adres zamieszkania.  Skoro nie chcę się przedstawić z tego drugiego, dla mnie już nieistniejącego nazwiska to znaczy, że ja nie istnieję …. I już!
Tak więc wybrałam się na ten koniec świata i po odstaniu swoich minut w kolejce, usiadłam naprzeciwko następnej Bardzo Miłej Pani.  Po pięciu minutach tłumaczenia zauważyłam widoczne niezrozumienie w jej oczach, w których można było dostrzec również lekkie przerażenie i ogromne wołanie o pomoc. Trafił jej się ciężki klient ! Na nic się zdało tłumaczenie, że ja już dobre parę lat temu składałam wniosek o zmianę nazwiska na kontrakcie posyłając wszelkie stosowne papiery. BMP nic z tego nie rozumiała. No bo to jest skomplikowane. Prawda? No chyba tak. Sprawa moich nazwisk trwała chyba z godzinę i gdy BMP myślała, że się mnie już pozbędzie wyskoczyłam z pytaniem:
- Czy mogę się rozliczać co miesiąc?
Cóż za niefortunne pytanie! Jak można zadawać takie skomplikowane zagadki osobie, która po godzinie męczarni z moimi nazwiskami ( bo co za idiota nadaje dziecku dwa nazwiska ) musi jeszcze odpowiadać na następne , na które -  jak się okazało - kompletnie nie zna odpowiedzi.
- Nie – usłyszałam
- A to czemu? – zapytałam dobijając tym samym BMP
- Bo nie mamy tego w ofercie! – odparła szybko lekko podnosząc już na mnie głos.
- A jest Pani tego pewna? – spytałam. Za nią a naprzeciwko mnie wisiał ogromny plakat informujący o takiej właśnie ofercie – Proszę się w takim razie odwrócić.
Zbladła, zaczęła coś stukać w komputerze i nagle ni  stąd ni zowąd zapytała.
- A stan licznika Pani ma?
Ha! Oczywiście, że miałam. Byłam przygotowana skoro wiedziałam, że za nic w świecie nikt mnie więcej nie wyciągnie na ten koniec świata!
- To się nie zgadza – powiedziała mi triumfalnie po spisaniu stanu – stan, który Pani podała jest mniejszy od tego co my mamy zapisane.
Zgłupiałam. Faktycznie. I to o dobre parę tysięcy KW. Ale coś mnie tknęło, bo parę miesięcy temu przyszli z tej firmy i zmienili mi licznik na nowy. Ten odczyt w ich bazie był ewidentnie ze starego licznika.
I się zaczęło! No bo ja nie mam nowego licznika! A to, że z niego spisałam i to, że jej go opisałam to mnie się tylko tak wydawało. Tłumaczyłam jej krok po kroku kiedy byli, co zrobili, jak wymieniali etc. Tłumaczyłam tak spokojnie jak tylko nauczyciel jest w stanie tłumaczyć coś niedorozwiniętemu dziecku. A ona swoje! Ja nie mam nowego licznika, to co spisałam to ja tego nie spisałam a w ogóle to się mylę ….  i już.
- A dlaczego Pani tak myśli? – zapytałam już lekko zirytowana
- Bo ja go nie mam w komputerze
No tak! Pomyślałam. Ta BMP była w wieku pokolenia dla którego jeżeli czegoś nie ma w komputerze to znaczy, że to coś nie istnieje. No w sumie – dlaczego ja się tego dotąd nie domyśliłam?
- Skoro mówię, że nie ma tego w komputerze, więc Pani nie może go mieć, to tak jest – powiedziała mi już ewidentnie wściekła, że tak oczywistą rzecz musi tłumaczyć  blondynce , w dodatku z odchodzącego już pokolenia dinozaurów epoki przed-komputerowej.
No i co z taką zrobić? Wzięłam baaaaaardzo głęboki oddech i nauczycielskim głosem nie znoszącym sprzeciwu zakomunikowałam jej, że jeżeli zaraz gdzieś nie zadzwoni i nie wyjaśni tego w tempie natychmiastowym  to te gremliny co siedzą jej pod biurkiem zjedzą ją żywcem a Harry Potter zamieni ją w nocnik. Nic innego nie przyszło mi do głowy ale BMP i tak nie zrozumiałaby sarkazmu. Z nadęta miną wykonała parę telefonów i cóż się okazało? …mam nowy licznik tylko ktoś zapomniał go wstukać do komputera. Hurra! Odetchnęłam, podziękowałam BMP za mile wspólnie spędzone przedpołudnie i wróciłam do domu.

Ale to nie koniec. Minęło cztery tygodnie.  Mogę się już co prawda dostać na Biuro Obsługi Klienta Online ale nadal mam stare nazwisko i stary licznik. Napisałam już pięć maili, tłumacząc o co chodzi i za każdym razem okazuje się, że ja to nie ja a tak w ogóle to nie mam nowego licznika. Ostatni mail posłałam ponad tydzień temu. Już nie przebierałam w słowach. Nadal czekam na odpowiedź…..


czwartek, 27 listopada 2014

Thanksgiving czyli God Bless America

Przy okazji różnych lekcji, gdy pytam o potrawy z innych krajów, słyszę całą litanię wspaniałości. Każdy zna włoskie spaghetti, risotto czy pizzę, francuskie ślimaki i żabie udka, hiszpańskie Paellas, gazpachos czy tortillas. Gdy jednak pytam o potrawy typowo amerykańskie od razu słyszę śmiech i zawsze, ale to zawsze … pojawia się sławetny hamburger … no czasami zamieniony na cheeseburgera.
Otóż nie moi drodzy! To nie jest amerykańskie jedzenie! Dzisiaj obchodzimy jedno z największych amerykańskich świąt – Thanksgiving czyli Święto Dziękczynienia. Dlatego też pomyślałam, że warto opisać taki typowy amerykański obiad jaki serwuje się tego właśnie dnia, będąc wdzięcznym za wszystko co stało się w roku ubiegłym.
Z historycznego punktu widzenia pierwszy obiad od którego cała tradycja powstała, według źródeł, składał się z kaczek, sarniny, ryb, homarów, krewetek, rożnego rodzaju jagód oraz dyni. Pycha? Prawda? Niewiele ma to wspólnego z hamburgerami.
Ale zacznijmy od tego czym zachwycać się będą dzisiaj Amerykanie zasiadając do stołu. Zacznijmy więc od gwiazdy wieczoru czyli wspaniałego indyka.  Upieczony w całości, serwowany na ogromnych, tylko w ten dzień używanych  tacach, zawsze zostaje wniesiony do jadalni, gdy już wszyscy zasiądą do stołu a obowiązkiem głowy domu jest przy zachwycie obecnych biesiadników pokroić go tak aby wszyscy dostali to co najlepsze. Indyk musi być oczywiście upieczony z nadzieniem, które tradycyjnie zawiera w sobie mieszankę kukurydzy, grzybów, selera, cebuli,  szałwii i jagód z kukurydzianym chlebem.  Obiad świąteczny nie byłby prawdziwie amerykański gdyby do indyka nie serwowano żurawiny ( moja babcia zawsze na to mówiła albo gogodze albo brusznice ) oraz ciemnego, pysznego sosu gravy. Obowiązkowym daniem jest też zupa dyniowa, na którą przepis zamieszczam poniżej. Do tego na świątecznym stole zawsze goszczą ubite na krem ziemniaki, bardzo często podawane są też słodkie ziemniaki w pomarańczowo – złocistym kolorze , zielona fasolka z tymiankiem, rozmarynem oraz szczypiorkiem posypana szalotką i skropiona oliwą oraz marchewka smażona na oleju kokosowym z dodatkiem miodu, pieprzu Cayenne oraz pietruszki. Wszystko to zjada się ze świeżo upieczonym, domowym chlebem kukurydzianym a na deser zawsze serwowane jest ciasto dyniowe oraz szarlotka ze świeżo ubitą śmietaną. 
Dzisiaj w każdym amerykańskim domu takie pyszności znajdą się na świątecznym stole a każdy szanujący się Amerykanin, będąc wdzięcznym za dary roku poprzedniego, w gronie rodzinnym spędzi ten wieczór objadając się typowo amerykańskim jedzeniem ( nie hamburgerami! ) .  Będąc wdzięczną za to wszystko co mnie spotkało, tak samo zrobię to dzisiaj ja. :-D
Zupa dyniowa:

Na oliwie należy zeszklić pokrojoną cebulkę. Dodać do niej pokrojoną w małe kawałki dynię, masło, pokrojoną marchewkę i dwa plasterki imbiru. Polać to świeżym sokiem pomarańczowym. To wszystko smażyć jakieś 10 minut a następnie zalać bulionem ( może być warzywny ) i zagotować. Gotować mniej więcej 20 minut a potem dodać resztę soku pomarańczowego, śmietanę, doprawić do smaku pieprzem, solą  i dokładnie zmiksować. Gotować jeszcze przez jakieś 5 minut. Serwować ze śmietaną, można posypać zmielonymi orzechami lub pestkami słonecznika. Pycha!!!!!!!

sobota, 22 listopada 2014

Sobotnie przedpołudnie ... IKEA :-(

Sobota … wolne … więc po śniadaniu postanowiłam nie siedzieć w domu. Pogoda też nie bardzo sprzyjała jakimkolwiek spacerom a w domu panuje absolutny deficyt półek … jedyne co wpadło mi do głowy to wielki napis IKEA!  Uzbroiłam się w wygodne buty, torebkę przewiesiłam przez ramię i z uśmiechem na ustach pojechałam do tego wymarzonego wielko-podłogowego i pełnego cudownych rzeczy, których de facto nikt nie potrzebuje, sklepu.  Dlaczego z uśmiechem? Bo wreszcie wyobraziłam sobie, że pomimo prawie dziesięciu po brzegi załadowanych regałów, książki piętrzą się we wszystkich miejscach mieszkania a podwójna wieża, która sukcesywnie rośnie przy moim łóżku grozi zawaleniem w najbardziej pewnie nieodpowiednim momencie. Patrząc codziennie na tą wieżę  doszłam do wniosku, że budowniczy byłby ze mnie żaden. Te mniejsze książki są na spodzie a ja mam ostatnio tendencje do kupowania takich większych i grubszych, które po przeczytaniu trafiają na wierzch rzeczonej wieży. Całkowicie to z mojej strony bezmyślne! A potem się dziwię, że wieża się chwieje i grozi zawaleniem. Chociaż … jak wreszcie się zawali to poukładam książki od największej do najmniejszej ….NIE! Nie poukładam ! … właśnie dlatego się uśmiechałam i właśnie dlatego pojechałam dzisiaj po raz pierwszy od dobrych 5 lat do tego miejsca gdzie … wszystko jest.  

Zaparkowałam samochód …ha! …nie tak szybko … jakiś dobry kwadrans zajęło mi znalezienie miejsca parkingowego i zaparkowałam samochód w takim miejscu, że właściwie mogłabym go wcale nie zabierać z pod domu. Zamknęłam drzwi od mojego autka i w tym samym momencie już poczułam się zmęczona … a czekało mnie jeszcze przejście przez cały sklep czyli mniej więcej jak z Krakowa na Śląsk i z powrotem.  Półki znalazłam mniej więcej w połowie jednej z kondygnacji po przejściu przez sypialnię, jadalnię, pokój dzienny i paru jeszcze działów, na których prawie wszystkie rzeczy krzyczały do mnie „weź mnie …na pewno ci się przydam!”. Dlatego nie bywam w tym sklepie. Wykupiłabym pewnie z połowę, gdybym tylko mogła!!!!

Dotarłam, wybrałam, zmierzyłam, oglądnęłam z każdej strony i zaczęło się szukanie pani w żółtej bluzce lub podkoszulku ( ta w pomarańczowym zajmuje się czym innym) żebym mogła tą półkę kupić. Zaczepiłam parę osób na żółto, ale dopiero trzecia okazała się tą kompetentną osobą, wiedzącą wszystko. Okazało się więc, że oczywiście mogę zamówić transport i że nie ma sprawy. I że on kosztuje 50 złotych. Na moje pytanie czy panowie wniosą mi te paczki do domu, dowiedziałam się, że owszem ale za dodatkowe 40 złotych. Czyli, że wypakują na ulicy i zostawią? Nie! Zaniosą do pierwszego zadaszonego miejsca. Aha! To się robi już 90 złotych. No i jeszcze te półki są na regale XXXX na miejscu YYYY. No i co z tego? Zapytałam.  No bo trzeba to samemu sobie zdjąć z regału i zanieść ( zawieźć )  tym panom od transportu a oni zawiozą ci to do domu i zostawią w pierwszym zadaszonym miejscu. A zdjęcie z regału ile kosztuje? Zapytałam już naprawdę wkurzona. 45 złotych. Zdjęcie z regału i zawiezienie 40 metrów dalej? Dokładnie!

Zrezygnowałam. Prawie 150 złotych za to, że mi tą półkę dostarczą pod drzwi. Po moim trupie! Jako, że jestem kobietą całkowicie samowystarczalną … więc sobie poradzę. Bez łaski!!!! Przeszłam przez następne parę kilometrów torując sobie drogę w oszalałym tłumie ludzi, którzy jak zahipnotyzowani, z rozdziawionymi ustami snuli się po tym wielko-podłogowym królestwie jakby widzieli takie cuda po raz pierwszy w życiu albo jakby było to genialne miejsce na sobotni spacer z dziećmi. Czy naprawdę wszyscy muszą chodzić jak otumanione ślimaki w zalewie? Dotarłam do regału XXXX, miejsca YYYY, znalazłam ogromny wózek i siłą swoich 58 kilogramów zamachnęłam się by podnieść  część z mojego nowego regału…. I wtedy poczułam, że ten regał waży chyba więcej ode mnie. Do cholery! Ja sobie nie poradzę? Poradzę! Nawet gdyby miało mnie to zabić! Chwilę to trwało ale się udało. Dwie potężne paczki wylądowały na wózku i wreszcie nadszedł czas by z tego miejsca zniknąć. To wcale jednak nie jest takie proste. Po drodze trzeba było przejść przez oferty „last minute”, „first minute” i zatrzęsienie baniek, choinek i światełek choinkowych ( mamy listopad!!!! ) i po następnej godzinie stania w kolejce do kasy, szarpania się z paczkami by wpakować je do samochodu, wreszcie odetchnęłam i ruszyłam w drogę do domu ( czekało mnie jeszcze wniesienie tych paczek do mieszkania – ale co tam!!! Pikuś! ) Ruszyłam z parkingu i wtedy okazało się, że chyba faktycznie dawno w tej okolicy nie byłam, bo nagle droga skręcała tylko w prawo i żeby pojechać w stronę domu muszę dojechać do ronda, objechać go na około i wtedy dopiero znajdę się na drodze w dobrym kierunku.  Aut tyle jakby cały Kraków postanowił właśnie tego dnia udać się na zakupy w te rejony a ja oczywiście ustawiłam się nie na tym pasie co trzeba. No bo nie wiedziałam!!!! Wrzuciłam kierunkowskaz w lewo i z jak najbardziej uroczym uśmiechem na jaki mnie stać, powolutku, chciałam aby mnie ktoś wpuścił bym mogła zmienić pas.

I wtedy zdarzyło się coś co przekonało mnie, że jednak zakupy trzeba zamawiać przez Internet z dostawą do domu i że w soboty nie należy jeździć na zakupy a już na 100 procent nie należy się zbliżać do miejsc gdzie większość krakowian spędza dzień wolny od pracy.


Bardzo przystojny młody człowiek, siedzący w dobrym samochodzie na numerach ewidentnie nie krakowskich, odpowiedział na mój uśmiech pokazując mi środkowy palec, po czym wychylił się przez okno i dowiedziałam się, że mam „Spi ……. jeb ….. kur …..”. Zatkało mnie . Zastanawiam się, że skoro tak mi się dostało za to, że chciałam się włączyć w ruch, to co by ten pan zrobił gdybym go np. wpychając się drasnęła?.  Obok tego „wyjątkowo dobrze”  wychowanego dżentelmena siedziała młoda kobieta a z tyłu małe dziecko. Brawo! Pomyślałam sobie. Cham w dobrym samochodzie to najgorsza rzecz pod słońcem. Popatrzyłam na niego tylko moim nielicznym studentom znanym wzrokiem i przepuściłam  …. dodał gazu by pokazać, że mój dwudziestoletni Merc to grat przy jego wypasionym … a nawet nie wiem czym …. I jeszcze raz pokazując mi środkowy palec … wjechał w samochód przed nim. … Jednak na świecie istnieje sprawiedliwość …czasami!!! A już myślałam, że będę miała zepsuty dzień :-D

środa, 19 listopada 2014

Makarony

Zadzwonił dziś do mnie Bardzo Miły Pan:

BMP: Dzień dobry, firma „Twój durszlak”, mamy dla Pani fantastyczną i niepowtarzalną ofertę! Za jedyne symboliczne promocyjne 500 złotych może nabyć Pani aż dwa wyjątkowe naczynia odcedzające w kolorze srebrzysty metalik rocznik bieżący dziurawione specjalną metodą….
Odkładam telefon. To znaczy odkładam go na półkę, akurat malowałam rzęsy. Kilka minut później wracam do „rozmowy”……
BMP:…i nie da się w nim przypalić makaronu!
JA: A da się w durszlaku coś przypalić?!
Pan zafurczał i natychmiastowo się rozłączył. Tym sposobem tajniki nie-przypalenia-czegokolwiek za pomocą srebrzystego metalika wciąż będą dla mnie zagadką. Być może przeszłabym nad tym do porządku dziennego gdyby nie natrętna myśl, że ktoś coś kiedyś…no tak! Lela…
         Tytułem wyjaśnienia: ja może nie jestem głównym pretendentem do zwycięstwa w programie „Ugotuj mi coś”, ale jest danie które po prostu dobrze mi wychodzi. Spaghetti Carbonara. Zdeklarowana fanką tego makaronu jest Lela, niestety często zapomina składników lub kolejności, co skutkuje telefonami w środku gotowania z pytaniami typu „jajko całe czy pół?” [i tak za każdym razem, pomimo próśb typu „zanotuj sobie wreszcie ten przepis!”].
Parę dni temu Lela doszła jednak do wniosku że już wie i pamięta, i zrobi sama. Nalała wody do garnka, znalazła durszlak, gaz, kuchenka...wtedy zadzwoniłam do niej ja w „bardzo ważnej sprawie”, a Lelka rączki ma dwie, więc postawiła na gazie co uważała za słuszne.
Swąd spalonego durszlaka jest potworny. I bardzo trudno jest się go pozbyć.


Dlatego chciałam wystosować mały apel: drogi BMP, odezwij się, ja nie skorzystam ale znam takich którym przyda się sprzęt kuchenny z oferowana przez was funkcją!

niedziela, 16 listopada 2014

Geometryczna asymetria ...

Po przesłuchaniu tych 6 minut ze trzy dni nosiłam się z tym, aby wreszcie się za to zabrać. Pusta, biała kartka leżała przede mną na biurku a ja …. no cóż! Robiłam wszystko aby nie zapełniać jej żadnymi słowami … tak więc zrobiłam pranie, poskładałam w szufladzie do której i tak nie zaglądam a na facebook wrzuciłam niezliczoną ilość kretyńskich obrazków … wszystko po to by po raz drugi i trzeci i czwarty nie słuchać tych 6 minut nagrania. Wreszcie jednak przyszedł ten dzień, kiedy nie było już wyjścia, bo jakiś karcący głos w mojej głowie krzyczał „Zabieraj się za robotę! Deadline!!!” … no i musiałam stawić czoła tłumaczeniu, które de facto powinnam była zrobić na wczoraj a najlepiej na zeszły piątek.
Cóż to takiego było? Można by pomyśleć, że jakieś wiekopomne dzieło albo co najmniej poezja. Z poezją nie stało nawet na jednej półce a czy było wiekopomne? Hm … to się dopiero okaże :-D  Otóż była to reklamówka jakiegoś tam osiedla ( nieistotne jakiego, bo one wszystkie i tak są do siebie podobne a przynajmniej w reklamówkach ) nowoczesnych mieszkań tzn. takich gdzie słychać co robi sąsiad za ścianą i gdzie można spokojnie zobaczyć co sąsiadka robi popołudniami  a gdy czujesz się samotny to wystarczy wyjść  na balkon i na wyciągnięcie ręki masz drugiego, co prawda obcego, ale bądź co bądź przedstawiciela homo zwanego sapiens, stojącego na sąsiednim balkonie.
Pan, który mi to zlecił , zastrzegł, że koniecznie ale to koniecznie reklamówka musi być przetłumaczona na język amerykański … no bo przecież każdy wie, że Amerykanie angielskiego nie rozumieją. Nie wiem jakie ten Pan ma pojęcie o różnicach językowych pomiędzy tymi dwoma językami i czy wie, że cały szkopuł tkwi w akcencie ( czego na piśmie nie widać) i w pisowni ( co jest kompletnie nieistotne skoro nagrywamy dźwięk) .  Miałam też nadzieję, że ten Pan, nazwijmy go  X, nie uważa, jak z resztą bardzo wielu ludzi, że język amerykański polega na nieużywaniu gramatyki ( bo po co) a ewentualne trzy czasy to zbytek ekstrawagancji ( można przecież używać jeden, ten najprostszy, a do niego dodać słowa typu „jutro” albo „wczoraj” i będzie gites )
No więc mam jednak nadzieję, że Pan X tak nie wyobrażał sobie amerykańskiego. Ale niech mu będzie! Skoro chce amerykański to będzie amerykański. Mnie i tak on jest bliższy sercu, więc niech będzie.
Usiadłam spokojnie posłuchać i spisać sobie tekst i …. O grozo! Włosy stanęły mi dęba, ręce opadły a z ust wyrwała mi się prośba o pomstę do nieba. Ani jednego całego zdania! Równoważniki zdań bez podmiotów, orzeczeń a co najgorsze nie wiadomo gdzie zdanie się kończy a gdzie zaczyna. Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy jak koszmarnie mówią, dopóki tego ich bełkotu nie spisze się na papierze. Słownictwo … co ja będę mówić? Słowo aranżacja pojawia się 5 razy w ciągu tylko i wyłącznie 20 sekund nagrania … i tak jest do końca. Żebym nie wiem jaki użyła słownik synonimów to za nic w świecie wiekopomnego dzieła z tego nie stworzę.
- Czy możesz mi powiedzieć, co znaczy zdanie „ subtelna gra geometrii asymetrycznie rozmieszczonych okien” ? – zapytałam przez telefon Lelę.
Nastąpiła cisza, i to dość długa, po czym padło stwierdzenie
- To znaczy, że ktoś się rąbnął i okna wyszły im nie w tych miejscach co chcieli a trzeba to było jakoś ubrać w słowa.
No super! Bardzo mi to pomogło! No bo jak geometria to nie asymetria, ale ja jestem tylko blondynką.  I co to jest „subtelna gra geometrii”. Lela ma rację – pewnie są przesunięte w stosunku do siebie i stąd ta „subtelna” gra … a już sama nie wiem! Ale coś w tym jest…. Jak się czyta w ogłoszeniu, że mieszkanie jest ciepłe to pewnie nie ma tam ogrzewania albo jest od strony słonecznej i nawet w zimie jest ukrop. …. Jeżeli napisane jest, że mieszkanie znajduje się w samym centrum miasta, to znaczy, że nie można tam otworzyć okna bo sznur samochodów przejeżdża pod nim …. A jak istnieje wzmianka o cichej i spokojnej okolicy to pewnie do cywilizacji jest z godzina drogi i to z trzema przesiadkami.

A jak już usłyszałam, że ta subtelna gra geometrii asymetrycznie rozmieszczonych okien i balkonów to ukłon w stronę pięknie urządzonych dziedzińców i podwórek starych krakowskich pałaców i kamienic to doszłam do wniosku, że nie będę się przejmować tym, że ktoś kto to napisał za dużo czegoś pali i tłumaczę te bzdury dokładnie tak jak zostały powiedziane. Tylko nie pozwolę nigdzie dać swojego nazwiska a osobie, która pisała do tego tekst radzę palić zdecydowanie mniej.

czwartek, 13 listopada 2014

Państwa - miasta - i co dalej?


iiszsziiiszsz....
...iiszszsz  iiiszszsz....

To pilnik. A w zasadzie paznokcie kontra tępy pilnik, na dodatek jakże nieprzepisowy, bo metalowy. A wszystko dzieje się tuż przy moim uchu w tramwaju (!). Gdybym w imię zasady "wolny człowiek nigdy się nie spieszy" szła normalnie ( zamiast biegiem) spóźniłabym się na ten konkretny pojazd, dzięki czemu uniknęłabym sąsiedzkiego szurania styropianem po murze w wersji kompaktowej. Niestety, ja na ten tramwaj zdążyłam…
...iiiszsz...iiszsz..iiszszsz...
Zdążyłam, a chwilę później dosiadła się ONA, bowiem do pilnika, niczym do każdego szanującego się czasopisma kobiecego dołączony był "gratis" w postaci właścicielki paznokci. Jak na złość, bombardier sunie po torach z gracją sarenki, i ani myśli zagłuszyć dźwięków morderstwa. Kiedy zaczynają mnie boleć wszystkie zęby zastanawiam się nad ewakuacja, ale cóż..siedzę tym razem przy oknie, i jedno spojrzenie w lewo, uświadamia mi że szansa na ucieczkę jest równie realna, co możliwość spotkania w tejże 14stce gadającego psa. Pani od czasu do czasu rzuca złowrogie spojrzenie (zawsze wtedy, gdy próbuje sie poruszyć) a do tego ma adekwatna i posturę, i wagę, i w ogóle wszystko ma tak bardzo adekwatne, ze strach sie odezwać, a na Bronowice droga daleka..

Próbuję zatem znaleźć inne źródło dźwięku i to na nim skupić...
..iszsz..iiszsz
..swoja uwagę...
..iiszsz..
...proszę...
"BIEDRONKA" dobiega glos z tylu. Co, biedronka w listopadzie?! Znowu azjatyckie atakują?!
Nie, tym razem to cos innego....
Pamiętacie taka grę "Państwa - Miasta"? Nieodłączny towarzysz deszczowego popołudnia czasów przed-internetowych, przed-smartfonowych..w ogóle czasów "przed", oraz główny bohater lubianego przeze mnie skeczu kabaretu Ani Mru Mru. Otóż to. Po krótkiej chwili nasłuchiwania okazało sie ze na siedzeniach za mną trwa wyniszczającą rozgrywka, aktualnie w ramach litery "B". Na chwil kilka zapadła cisza, podliczono punkty, ucieszył sie chłopięcy glos, dwa dziewczęce jakby mniej, i karuzelą za pomocą hasła "x-y-z start!" zakręcono ponownie (swoją drogą – wtedy jeszcze sądziłam ze biedronka była z kategorii typu "zwierzęta/owady", ale okazało się że nie mam racji..)
Ponieważ "stop" padło ułamek sekundy później, do rozgrywki przystąpiono w ramach litery "A":
- Państwo! (Austria, Australia, Argentyna)  - po 10
- Miasto! (Andrychów, Amsterdam, Ateny) - po 10
Zerkam w szybę, w której odbija sie cale towarzystwo. Na oko – środek podstawówki. Myślę sobie - całkiem nieźle.
- Zwierze! (cos wcześnie, myślałam ze to było na końcu, ale ...po 10)
- Rzecz! (..po 10, i moja myśl ze musze sprawdzić, co to jest "antaba")
....i tu sie skończyły kategorie, które nazwalałbym znane i tradycyjne. Nie było nic o rzekach, czy górach, na które czekałam szukając w swojej pamięci trzech różnych odpowiedzi. Byly za to..:
- Znana osoba! ("Alewandowski?" niestety nie zyskał aprobaty...)
- Kolor! (o matko ANTRACYTOWY? chłopiec protestuje, ale szybko dowiaduje się sie ze to kolor jego spodni, i na nic próba wyjaśnienia ze to chyba czarny..)
- Produkt!
- Firma! (coo?!?  ...Ponieważ audycja nie zawiera lokowania produktu to nie będę robić reklamy, powiedzmy ze królowała bankowość i farmaceutyki)
- Rasa psa albo kota! (tym razem okazuje sie ze "Abażur" to nie rasa, a to ze babcia tak na kota woła no to do babci z pretensjami...0-15-15)
- Program telewizyjny!
Słysząc odpowiedzi dodaję w głowie kolejne hasła pt. "do sprawdzenia", spoglądam jeszcze raz w szybę – tak dla potwierdzenia wieku – i dochodzę do wniosku ze telewizja powinna proponować dzieciom cokolwiek kształcącego. Cokolwiek...
- "Sklep!"
Ahh no tak….sklep na ”B”…

Na "A" trudniej.
25-0-0

Kiedy wysiadałam wygrywała dziewczynka od kota Abażura, a pilnik nadal wygrywał swoje melodyjki

…iiiszsz…iszsz…