Translate

niedziela, 30 listopada 2014

No bo ja nie istnieję ....

Nigdy nie przypuszczałam, że sprawy jak najbardziej oczywiste dla mnie, dla innych mogą okazać się zupełnie niezrozumiałe. A jednak! Jakieś cztery tygodnie temu wybrałam się na drugi koniec świata tzn do zakątka Krakowa do którego nigdy nie jeżdżę. No bo po co, skoro tam nic interesującego nie ma.  Po trzech przesiadkach i prawie straconej godzinie wkroczyłam wreszcie do instytucji rozsyłającej po mieszkaniach prąd ( nie będę wymieniać nazwy, żeby nie robić kryptoreklamy, chociaż może i ona byłaby krypto ale na pewno nie reklama ).

Wcześniej co prawda usiłowałam porozmawiać z Bardzo Miłą Panią przez telefon, ale niestety, okazało się że są rzeczy, których za nic w świecie przez telefon wytłumaczyć się nie da. Jedną z takich spraw jest fakt moich różnych zmian nazwiska, pozostając ciągle jednak przy jednym i tym samym członie. Po urodzeniu zostały mi dane dwa nazwiska; a popełniając błąd zamążpójścia (przez wzgląd na męża trzeba było przyjąć też jego nazwisko ) z jednego swojego musiałam zrezygnować. Po powrocie do rozumu postanowiłam pozostać przy jednym z moich  oryginalnych panieńskich. Proste? Proste! No jak się okazuje nie dla wszystkich bo BMP za nic w świecie nie była w stanie zrozumieć, że ja to ja, i osoba wpisana na rachunku to też ja. Nieistotne było to, że obie te osoby posiadają to samo imię ( w końcu nie takie znowu częste), ten sam pesel i ten sam adres zamieszkania.  Skoro nie chcę się przedstawić z tego drugiego, dla mnie już nieistniejącego nazwiska to znaczy, że ja nie istnieję …. I już!
Tak więc wybrałam się na ten koniec świata i po odstaniu swoich minut w kolejce, usiadłam naprzeciwko następnej Bardzo Miłej Pani.  Po pięciu minutach tłumaczenia zauważyłam widoczne niezrozumienie w jej oczach, w których można było dostrzec również lekkie przerażenie i ogromne wołanie o pomoc. Trafił jej się ciężki klient ! Na nic się zdało tłumaczenie, że ja już dobre parę lat temu składałam wniosek o zmianę nazwiska na kontrakcie posyłając wszelkie stosowne papiery. BMP nic z tego nie rozumiała. No bo to jest skomplikowane. Prawda? No chyba tak. Sprawa moich nazwisk trwała chyba z godzinę i gdy BMP myślała, że się mnie już pozbędzie wyskoczyłam z pytaniem:
- Czy mogę się rozliczać co miesiąc?
Cóż za niefortunne pytanie! Jak można zadawać takie skomplikowane zagadki osobie, która po godzinie męczarni z moimi nazwiskami ( bo co za idiota nadaje dziecku dwa nazwiska ) musi jeszcze odpowiadać na następne , na które -  jak się okazało - kompletnie nie zna odpowiedzi.
- Nie – usłyszałam
- A to czemu? – zapytałam dobijając tym samym BMP
- Bo nie mamy tego w ofercie! – odparła szybko lekko podnosząc już na mnie głos.
- A jest Pani tego pewna? – spytałam. Za nią a naprzeciwko mnie wisiał ogromny plakat informujący o takiej właśnie ofercie – Proszę się w takim razie odwrócić.
Zbladła, zaczęła coś stukać w komputerze i nagle ni  stąd ni zowąd zapytała.
- A stan licznika Pani ma?
Ha! Oczywiście, że miałam. Byłam przygotowana skoro wiedziałam, że za nic w świecie nikt mnie więcej nie wyciągnie na ten koniec świata!
- To się nie zgadza – powiedziała mi triumfalnie po spisaniu stanu – stan, który Pani podała jest mniejszy od tego co my mamy zapisane.
Zgłupiałam. Faktycznie. I to o dobre parę tysięcy KW. Ale coś mnie tknęło, bo parę miesięcy temu przyszli z tej firmy i zmienili mi licznik na nowy. Ten odczyt w ich bazie był ewidentnie ze starego licznika.
I się zaczęło! No bo ja nie mam nowego licznika! A to, że z niego spisałam i to, że jej go opisałam to mnie się tylko tak wydawało. Tłumaczyłam jej krok po kroku kiedy byli, co zrobili, jak wymieniali etc. Tłumaczyłam tak spokojnie jak tylko nauczyciel jest w stanie tłumaczyć coś niedorozwiniętemu dziecku. A ona swoje! Ja nie mam nowego licznika, to co spisałam to ja tego nie spisałam a w ogóle to się mylę ….  i już.
- A dlaczego Pani tak myśli? – zapytałam już lekko zirytowana
- Bo ja go nie mam w komputerze
No tak! Pomyślałam. Ta BMP była w wieku pokolenia dla którego jeżeli czegoś nie ma w komputerze to znaczy, że to coś nie istnieje. No w sumie – dlaczego ja się tego dotąd nie domyśliłam?
- Skoro mówię, że nie ma tego w komputerze, więc Pani nie może go mieć, to tak jest – powiedziała mi już ewidentnie wściekła, że tak oczywistą rzecz musi tłumaczyć  blondynce , w dodatku z odchodzącego już pokolenia dinozaurów epoki przed-komputerowej.
No i co z taką zrobić? Wzięłam baaaaaardzo głęboki oddech i nauczycielskim głosem nie znoszącym sprzeciwu zakomunikowałam jej, że jeżeli zaraz gdzieś nie zadzwoni i nie wyjaśni tego w tempie natychmiastowym  to te gremliny co siedzą jej pod biurkiem zjedzą ją żywcem a Harry Potter zamieni ją w nocnik. Nic innego nie przyszło mi do głowy ale BMP i tak nie zrozumiałaby sarkazmu. Z nadęta miną wykonała parę telefonów i cóż się okazało? …mam nowy licznik tylko ktoś zapomniał go wstukać do komputera. Hurra! Odetchnęłam, podziękowałam BMP za mile wspólnie spędzone przedpołudnie i wróciłam do domu.

Ale to nie koniec. Minęło cztery tygodnie.  Mogę się już co prawda dostać na Biuro Obsługi Klienta Online ale nadal mam stare nazwisko i stary licznik. Napisałam już pięć maili, tłumacząc o co chodzi i za każdym razem okazuje się, że ja to nie ja a tak w ogóle to nie mam nowego licznika. Ostatni mail posłałam ponad tydzień temu. Już nie przebierałam w słowach. Nadal czekam na odpowiedź…..


1 komentarz:

  1. Frapujący jest fakt, że takie historie zawsze śmieszą. I zawsze wydają się nieprawdopodobne. Czyta się i słucha jak zabawnej anegdotki zrodzonej w Krainie Całkowitej Fikcji. Natomiast, kiedy nam się to przydarza, to człowiek się wścieka, rwie włosy z głowy, demon w nas wstępuje i w ogóle się zastanawiamy dlaczego zawsze tylko nam i tylko my mamy takiego pecha...

    No ok, nie wiem, czy to się tyczy faktycznie gatunku ludzkiego i człowieka jako idei, ale samą siebie właśnie na tym przyłapałam.

    OdpowiedzUsuń