Jakoś tak się składa że w towarzystwie Leli często biorę
udział w czymś na rodzaj kuchennych eksperymentów. Nie wiem czy ona to robi
specjalnie, czy przez przypadek, czy to po prostu dbałość o mój rozwój i ciągłe
poszerzanie smaków ale zafundowała mi już wiele mniej lub bardziej wybuchowych
ciekawostek, w tym słynnego hot-doga z cukrem.
Ok, wiem – to akurat nie było planowane, miał być szybki
zjazd na stację paliw po benzynę i „coś na drogę”. A to, że:
- złośliwe opakowanie za nic nie chciało uwolnić zawartego w
sobie cukru w stronę jej kawy,
- ..mimo podjętej walki twardo nie dawało za wygraną…
-.. a jak już dało to wszyscy w promieniu pięciu metrów
dowiedzieli się tego i owego w temacie kuchni nowoczesnej, i niebanalnych
połączeń (np. rosół z cukrem)…
…to już zupełnie inna historia. Oczywiście jak łatwo się
domyślić połowa zawartości saszetki trafiła w cel najbliższy do osiągnięcia, konkretnie
w moją bułkę. Z parówką[1]. Okazało
się jednak że to wszystko nic…jadąc do pracy dowiedziałam się o istnieniu kilku
potraw, co do których nie miałam żadnej wątpliwości iż NIE chcę wiedzieć jak
wyglądają, smakują, pachną itp, no chyba że w celu uniknięcia przykrej
niespodzianki w przyszłości. Ale po kolei.
Dziś znów biegłam na tramwaj[2], i
znów miałam ciekawe towarzystwo. Siedzący obok mnie pan w garniturze prowadził
przez całą drogę na Bronowice rozmowę telefoniczną traktującą o jego wspaniałej
pracy w wielkim biurze, oraz dzisiejszym obiedzie jaki dane mu było zjeść; a im
bardziej rósł przy tej opowieści jego entuzjazm, tym bardziej rosło moje
i współtowarzyszy wycieczki przerażenie. Menu, wedle tego co usłyszałam
było „polską kuchnią nowoczesną” a przedstawiało się z grubsza w ten deseń
[mam na to świadków!]:
* Zupa na kurzych rapkach – ….bez komentarza….
* Kotlet z brukwi w słonym sosie karmelowym – ….ehhh….
i deser, ukoronowanie koszmaru:
*Lody bekonowe..
Matko kochana, lody bekonowe?! W polskiej kuchni?!
Zerkam na pasażerów stojących najbliżej, więcej niż połowa
jest sinozielona i jak nic rozgląda się za papierowymi torebkami. Reszta –
sądząc po minach – zastanawia się czy faktycznie usłyszeli to samo co i ja.
Jakby tego było mało, facet w tempie karabinu wyrzuca do słuchawki pełne
zachwytu teksty w stylu „musisz spróbować!” (akurat, jeszcze czego),
„niepowtarzalne doznanie” (no w to akurat nie wątpię) czy „to wszystko Karol[3] sam
wymyślił” (nie wiem dlaczego, ale przyszła mi do głowy taka myśl że ten Karol
to ich chyba nie lubi..). Zaczęłam się zastanawiać gdzie ukryty jest haczyk, i
czy on tak „na serio”…bo chyba nie jestem zwolennikiem tego typu szaleństwa na
talerzu, które za parę chwil zrzuci ze stołu pomidorową i naleśniki (bo
„nienowoczesne”!) zastępując czymś tak paskudnym jak zupa na kurzych stopach.
Co to w ogóle jest za pomysł żeby wcinać wywary tego typu?!
Myślę sobie – nie wytrzymam! Wysiadamy na przystanku, pytam
go o ten obiad, a odpowiedź...po prostu zwala z nóg.
„Bo to tak tylko w pracy proszę pani. U nas w firmie każdy
je sałatki a nie kanapki na drugie śniadanie, a z obiadami to czasem im
dziwniejsza nazwa tym lepiej. i t p ”
Ahh no tak, przecież „wytrawnemu znawcy jazzu” w żadnym
wypadku nie wolno przyznać się do słuchania komercyjnego radia, a plotkarskich
gazet to nikt a nikt nigdy nie czytał, tylko co najwyżej „gdzieś usłyszała ale
nie wie gdzie”. Wniosek z tego taki, że szaleństwo bycia modnym i cool za wszelką cenę przeszło też na
kulinaria. A gdzie się podziało własne zdanie?
Swoją drogą – wygląda na to, że hot – dog z cukrem nie taki
straszny jak go malują.
PS: A Karol to szef zespołu;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz