Translate

środa, 3 grudnia 2014

Nowoczesna kuchnia

Jakoś tak się składa że w towarzystwie Leli często biorę udział w czymś na rodzaj kuchennych eksperymentów. Nie wiem czy ona to robi specjalnie, czy przez przypadek, czy to po prostu dbałość o mój rozwój i ciągłe poszerzanie smaków ale zafundowała mi już wiele mniej lub bardziej wybuchowych ciekawostek, w tym słynnego hot-doga z cukrem.
Ok, wiem – to akurat nie było planowane, miał być szybki zjazd na stację paliw po benzynę i „coś na drogę”. A to, że:

- złośliwe opakowanie za nic nie chciało uwolnić zawartego w sobie cukru w stronę jej kawy,
- ..mimo podjętej walki twardo nie dawało za wygraną…
-.. a jak już dało to wszyscy w promieniu pięciu metrów dowiedzieli się tego i owego w temacie kuchni nowoczesnej, i niebanalnych połączeń (np. rosół z cukrem)…

…to już zupełnie inna historia. Oczywiście jak łatwo się domyślić połowa zawartości saszetki trafiła w cel najbliższy do osiągnięcia, konkretnie w moją bułkę. Z parówką[1]. Okazało się jednak że to wszystko nic…jadąc do pracy dowiedziałam się o istnieniu kilku potraw, co do których nie miałam żadnej wątpliwości iż NIE chcę wiedzieć jak wyglądają, smakują, pachną itp, no chyba że w celu uniknięcia przykrej niespodzianki w przyszłości. Ale po kolei.
Dziś znów biegłam na tramwaj[2], i znów miałam ciekawe towarzystwo. Siedzący obok mnie pan w garniturze prowadził przez całą drogę na Bronowice rozmowę telefoniczną traktującą o jego wspaniałej pracy w wielkim biurze, oraz dzisiejszym obiedzie jaki dane mu było zjeść; a im bardziej rósł przy tej opowieści jego entuzjazm, tym bardziej rosło moje i współtowarzyszy wycieczki przerażenie. Menu, wedle tego co usłyszałam było „polską kuchnią nowoczesną” a przedstawiało się z grubsza w ten deseń [mam na to świadków!]:
* Zupa na kurzych rapkach – ….bez komentarza….
* Kotlet z brukwi w słonym sosie karmelowym – ….ehhh….
i deser, ukoronowanie koszmaru:
*Lody bekonowe..
Matko kochana, lody bekonowe?! W polskiej kuchni?!
Zerkam na pasażerów stojących najbliżej, więcej niż połowa jest sinozielona i jak nic rozgląda się za papierowymi torebkami. Reszta – sądząc po minach – zastanawia się czy faktycznie usłyszeli to samo co i ja. Jakby tego było mało, facet w tempie karabinu wyrzuca do słuchawki pełne zachwytu teksty w stylu „musisz spróbować!” (akurat, jeszcze czego), „niepowtarzalne doznanie” (no w to akurat nie wątpię) czy „to wszystko Karol[3] sam wymyślił” (nie wiem dlaczego, ale przyszła mi do głowy taka myśl że ten Karol to ich chyba nie lubi..). Zaczęłam się zastanawiać gdzie ukryty jest haczyk, i czy on tak „na serio”…bo chyba nie jestem zwolennikiem tego typu szaleństwa na talerzu, które za parę chwil zrzuci ze stołu pomidorową i naleśniki (bo „nienowoczesne”!) zastępując czymś tak paskudnym jak zupa na kurzych stopach. Co to w ogóle jest za pomysł żeby wcinać wywary tego typu?!

Myślę sobie – nie wytrzymam! Wysiadamy na przystanku, pytam go o ten obiad, a odpowiedź...po prostu zwala z nóg.
„Bo to tak tylko w pracy proszę pani. U nas w firmie każdy je sałatki a nie kanapki na drugie śniadanie, a z obiadami to czasem im dziwniejsza nazwa tym lepiej. i  t  p  ”
Ahh no tak, przecież „wytrawnemu znawcy jazzu” w żadnym wypadku nie wolno przyznać się do słuchania komercyjnego radia, a plotkarskich gazet to nikt a nikt nigdy nie czytał, tylko co najwyżej „gdzieś usłyszała ale nie wie gdzie”. Wniosek z tego taki, że szaleństwo bycia modnym i cool za wszelką cenę przeszło też na kulinaria. A gdzie się podziało własne zdanie?

Swoją drogą – wygląda na to, że hot – dog z cukrem nie taki straszny jak go malują.


PS: A Karol to szef zespołu;)



[1] wciąż lepsze niż zupa brokułowa J
[2] ostatni raz…
[3] wszelkie podobieństwo…bla bla....jest przypadkowe

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz