Translate

piątek, 12 grudnia 2014

Rozmowa kwalifikacyjna



Lela szuka stałej pracy. Znudziło jej się bycie freelancerem, w związku z tym rozniosła/rozesłała swoje papiery tu i tam; odgrażając się jednocześnie że jeśli matka – ojczyzna nie zechce jej umożliwić płacenia podatków na własnym łonie, to skrupułów nie będzie mieć żadnych by płacić je tam gdzie mówią w językach obcych.
Kilka dni później…..

[Scena pierwsza]
Indie, New Delhi, godzina 10.20 czasu lokalnego

Karunasindhu przeciągnęła się leniwie na obrotowym fotelu w swojej korporacyjnej zagródce. „Jeszcze tylko jedna rozmowa i przerwa” – to pomyślawszy uśmiechnęła się szeroko do koleżanki Chintamani…tak, jak co dzień umówiły się wcześniej na wspólne jedzenie pysznego `aloo gobi`[1] połączonego nieodmiennie z pogaduszkami na temat najnowszej produkcji Bollywood, tym razem tej o zaskakującym tytule „Czasem tańce, czasem różańce”, gdzie nieziemsko przystojny aktor znowu kocha „ją” i „ona” też go kocha, ale niestety nie mogą być razem bo jej ojciec wybrał dla niej męża wiele lat temu, tego „złego”. Fabuła nadziana pokazami tanecznymi niczym sernik rodzynkami, więc niełatwo się było zorientować o co chodzi, ważne że w przedostatniej scenie „zły” tańczy i śpiewa pierwszy raz w życiu, więc skąd miał wiedzieć że nigdy nie powinien tego robić? To na szczęście dyskwalifikuje go ostatecznie z walki o serce (i posag), a cała historia kończy się (jak zwykle) że „ona” i „on” żyli długo i szczęśliwie (niestety, nikt nie podaje szczegółów w jaki sposób osiągali w małżeństwie jedno i drugie, ale wierzyć trzeba że tak właśnie było). Ahh – przeciągnęła się jeszcze bardziej wyobrażając sobie, iż to właśnie ona jest obiektem westchnień przystojniaka z ekranu...
Korpo-krzesło zaskrzypiało złowieszczo przywołując Karunasindhu do korpo-porządku. Tak, tak – najpierw praca potem wolne, trzeba przede wszystkim wyrobić zadaną normę. Kliknęła więc swoją nową korpo-myszą w przycisk „serach”, a po chwili na ekranie jej HR-wego korpo – peceta pojawiło się CV z imieniem i nazwiskiem tak dziwnym, że aż niemożliwym do wymówienia. Karunasindhu powoli przyzwyczajała się do takich widoków; nie tylko ona wiedziała bowiem, że od kiedy jej korpo-założyciele całkowicie zrezygnowali z usług firm rekrutacyjnych w tej dziwnej Europie (ba! – na całym dziwnym świecie) i przenieśli ten proces tylko do Indii, to takie przypadki jak dzisiejsze „rz” albo wczorajsze „ó” będą się nagminnie powtarzać. Dla własnego spokoju sprawdziła płeć osobnika z którym zamierzała przeprowadzić pierwszy etap rozmowy kwalifikacyjnej; a upewniwszy się, iż końcówka imienia „–a” w świecie wiecznych śniegów, i mrozów tak ogromnych, że curry zamarza w garnuszku oznacza kobietę, powoli wystukała numer telefonu z +48 na początku….

[Scena druga]
Polska, Kraków, godzina 6.10 czasu lokalnego

Świt wstawał powoli. Nieśmiałe promienie wschodzącego słońca przedzierały się przez mgły, gdy nagle…
- Bzzzzzzz!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!Bzzzzzz…..bzzzzzzzz…Bzzzzzz!!!!!!! – zabrzęczał wesoło HTC. I tak Lela, przy akompaniamencie łacińskich wersów poetyckich własnej roboty (aczkolwiek niespecjalnie nadających się do powtarzania) powitała wtorkowy poranek, a właściwie wtorkowy poranek powitał ją. Po drugiej stronie głos miłej pani posługującej się hinduską odmianą języka Szekspira poinformował, iż właśnie rozpoczyna się dla niej pierwszy etap rekrutacji…J

PS
Stąd wiemy, że podstawową umiejętnością wymaganą na stanowisku byłoby zapewne „poranne wstawanie”. A pani Karunasindhu została poproszona o przeliczenie różnicy czasowej. Zadzwoniła o 10.20, tym razem już według GMT.


[1] W zimnym kraju nad Wisłą potrawa ta zwie się „kalafior z ziemniakami”. Przypis sponsorowały literki K oraz Z

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz