Lela szuka
stałej pracy. Znudziło jej się bycie freelancerem, w związku z tym rozniosła/rozesłała
swoje papiery tu i tam; odgrażając się jednocześnie że jeśli matka – ojczyzna
nie zechce jej umożliwić płacenia podatków na własnym łonie, to skrupułów nie
będzie mieć żadnych by płacić je tam gdzie mówią w językach obcych.
Kilka dni
później…..
[Scena pierwsza]
Indie, New Delhi, godzina 10.20 czasu
lokalnego
Karunasindhu przeciągnęła się leniwie na obrotowym fotelu w swojej
korporacyjnej zagródce. „Jeszcze tylko jedna rozmowa i przerwa” – to
pomyślawszy uśmiechnęła się szeroko do koleżanki Chintamani…tak, jak co dzień umówiły
się wcześniej na wspólne jedzenie pysznego `aloo gobi`[1]
połączonego nieodmiennie z pogaduszkami na temat najnowszej produkcji Bollywood,
tym razem tej o zaskakującym tytule „Czasem tańce, czasem różańce”, gdzie nieziemsko
przystojny aktor znowu kocha „ją” i „ona” też go kocha, ale niestety nie mogą
być razem bo jej ojciec wybrał dla niej męża wiele lat temu, tego „złego”.
Fabuła nadziana pokazami tanecznymi niczym sernik rodzynkami, więc niełatwo się
było zorientować o co chodzi, ważne że w przedostatniej scenie „zły” tańczy i śpiewa
pierwszy raz w życiu, więc skąd miał wiedzieć że nigdy nie powinien tego robić?
To na szczęście dyskwalifikuje go ostatecznie z walki o serce (i posag), a cała
historia kończy się (jak zwykle) że „ona” i „on” żyli długo i szczęśliwie
(niestety, nikt nie podaje szczegółów w jaki sposób osiągali w małżeństwie
jedno i drugie, ale wierzyć trzeba że tak właśnie było). Ahh – przeciągnęła się
jeszcze bardziej wyobrażając sobie, iż to właśnie ona jest obiektem westchnień
przystojniaka z ekranu...
Korpo-krzesło zaskrzypiało złowieszczo przywołując Karunasindhu do
korpo-porządku. Tak, tak – najpierw praca potem wolne, trzeba przede wszystkim
wyrobić zadaną normę. Kliknęła więc swoją nową korpo-myszą w przycisk „serach”,
a po chwili na ekranie jej HR-wego korpo – peceta pojawiło się CV z imieniem i
nazwiskiem tak dziwnym, że aż niemożliwym do wymówienia. Karunasindhu powoli
przyzwyczajała się do takich widoków; nie tylko ona wiedziała bowiem, że od
kiedy jej korpo-założyciele całkowicie zrezygnowali z usług firm rekrutacyjnych
w tej dziwnej Europie (ba! – na całym dziwnym świecie) i przenieśli ten proces
tylko do Indii, to takie przypadki jak dzisiejsze „rz” albo wczorajsze „ó” będą
się nagminnie powtarzać. Dla własnego spokoju sprawdziła płeć osobnika z którym
zamierzała przeprowadzić pierwszy etap rozmowy kwalifikacyjnej; a upewniwszy
się, iż końcówka imienia „–a” w świecie wiecznych śniegów, i mrozów tak
ogromnych, że curry zamarza w garnuszku oznacza kobietę, powoli wystukała numer
telefonu z +48 na początku….
[Scena druga]
Polska, Kraków,
godzina 6.10 czasu lokalnego
Świt wstawał powoli. Nieśmiałe
promienie wschodzącego słońca przedzierały się przez mgły, gdy nagle…
- Bzzzzzzz!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!Bzzzzzz…..bzzzzzzzz…Bzzzzzz!!!!!!!
– zabrzęczał wesoło HTC. I tak Lela, przy akompaniamencie łacińskich wersów
poetyckich własnej roboty (aczkolwiek niespecjalnie nadających się do
powtarzania) powitała wtorkowy poranek, a właściwie wtorkowy poranek powitał
ją. Po drugiej stronie głos miłej pani posługującej się hinduską odmianą języka
Szekspira poinformował, iż właśnie rozpoczyna się dla niej pierwszy etap rekrutacji…J
PS
Stąd wiemy, że podstawową
umiejętnością wymaganą na stanowisku byłoby zapewne „poranne wstawanie”. A pani
Karunasindhu została poproszona o przeliczenie różnicy czasowej. Zadzwoniła o
10.20, tym razem już według GMT.
[1] W zimnym kraju nad Wisłą
potrawa ta zwie się „kalafior z ziemniakami”. Przypis sponsorowały literki K
oraz Z

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz