Moja droga eL,
Spieszę Ci
powiedzieć, że ja również niezmiennie nowy rok rozpoczynam koncertem z Wiednia.
I co roku - a stało się to już niemal noworoczną tradycją - biorę udział w
losowaniu biletów, łudząc się oczywiście, że akurat w tym roku wygram i następnego
Sylwestra spędzę w moim ostatnio ukochanym Wiedniu. Do tego stopnia jestem o
tym przekonana, że z wielką energią zaczęłam się uczyć niemieckiego, chociaż
przez całe swoje długie życie zarzekałam się, że ja to nigdy szwabskiego uczyć
się nie będę, bo tego języka normalny człowiek nie jest w stanie pojąć. I co?
No i twardo wkuwam słówka jadąc tramwajem, chodzę na zajęcia, odrabiam zadania
domowe a ostatnio zakupiłam sobie nawet kryminał na poziomie A1 do nauki niemieckiego.
Ponieważ nie znam tego języka, więc kryminał wydaje mi się mega trudny,
natomiast będąc nauczycielką zdaję sobie sprawę jak bardzo wciągająco musi być
napisana powieść na jakże wymagającym poziomie A1. Ale się staram! I jestem z
siebie dumna!
To tak nawiasem
mówiąc jest jednym z moich postanowień noworocznych o których ostatnio pisałaś.
Pisałaś też, że ich nie robiśz.. A ja, owszem tak! Mój niemiecki to jedno z
takich postanowień, chociaż zaczęte na jakieś dwa miesiące przed nowym rokiem.
Ale postanowienie brzmi “Wytrwać w nauce nemieckiego”! Jak ja bym chciała
usiąść sobie w kafejce w Wiedniu i zamówić coś po niemiecku … I to tak by mnie
zrozumieli! Ha! To byłby nie lada wyczyn.
Drugim moim
postanowieniem było …oczywiście …więcej ćwiczyć! Ha! Mamy początek roku a mnie
już zapał opadł. Pewnie pytasz dlaczego? Otóż, głęboko się nad tym
zastanawiając doszłam do wniosku, że ruszać się trzeba a chodzenie po sali
wykładowej nie zalicza się chyba do ćwiczeń, chociaż mogłabym z tym jednak
dyskutować. Nadal głęboko się nad tym zastanawiając doszłam również do wniosku,
że ja właściwie to nie lubię ćwiczyć, bo tak naprawdę uważam to za stratę
czasu, skoro nie można przy okazji poczytać gazety, książki ….no! biegając na
bieżni można oglądać wiadomości. To fakt! Na wszelkiego rodzaju aerobiki i
zumby nie mam kondycji a nie chcę wylądować na pogotowiu po pierwszych
dziesięciu minutach ruszania się dla zdrowia. Wpadłam więc na pomysł, że skoro
zawsze chciałam nauczyć się tańczyć to znajdę sobie coś takiego. Ruch, muzyka,
optymizm i te sprawy. Na FB niedawno znalazłam szkołę tańca, która ma zajęcia
dla pań po 50 czyli latino solo. Rewelacja! Nie musisz mieć partnera, który
depcze ci po piętach i ma obrażoną minę, że w ogóle go tam zaciągnięto, bo
taniec latino to przecież nie jest macho. Obok nie tańczy dwudziestoletnia
dziewoja o nogach jak stąd do Chabówki i energii za cały zespół taneczny. No,
po prostu rewelacja!
Ale cóż się
okazało? Oczywiście kurs jest w godzinach gdy pracuję. Pomyślałam więc, że może
są inne. I tu czekała na mnie nie lada niespodzianka. Otóż są! W 90 przypadkach
na 100 kursy tańca dla osób 50-letnich to grupy 50+seniorzy …. Tak! Po 50-tce
jesteśmy już seniorami czyli takie kursy to tzw aktywacja seniorów bądź
rehabilitacja! Tylko jak ci wszyscy właściciele szkół tanecznych zamierzają
aktywizować kobiety 50-letnie o godzinie np 14-tej gdy obowiązek pracy jest do
wieku 60 lat? O 14-tej się pracuje … a przynajmniej normalny człowiek o tej
godzinie pracuje. Chyba, że jest bezrobotny ale taki to raczej będzie szukał
pracy a nie aktywizował się poprzez taniec. Naprawdę się załamałam. Dlaczego
wrzuca się do jednego worka osoby 50-letnie i osoby np 80-letnie? Ja nie czuję
się seniorem czy osobą starszą. Jestem starsza od Ciebie ale to nie znaczy, że
stara! Zamknęłam więc internet, skończyłam z szukaniem. Jeżeli ta szkoła od
“latino solo” nie otworzy grupy w jakiś inny dzień to po prostu na tym zakończę
swoje tegoroczne postanowienie noworoczne pt “Więcej się będę ruszać”! … Ale
jeszcze nie sprawdziłam Jogi!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz