Translate

niedziela, 15 stycznia 2017

Z cyklu: listy eL do Be: Gorzka podwawelska :-)

Moja Droga Be,

Właśnie skończyłam ostatnią czekoladę ( z wielu!) jaką dostałam w tym roku pod choinkę. Łasuch ze mnie marny, więc takie rzeczy jak konsumpcja słodyczy zajmują mi dużo więcej czasu niż przeciętnemu zjadaczowi sympatycznej tabliczki wawelskiej gorzkiej, ale może to i dobrze – prawie zawsze mam jakieś okruszki słodkości na „czarną godzinę”. Ta czekolada to coś co od dzieciństwa towarzyszy moim świętom, i tak sobie myślę że to chyba jeden z niewielu smaków  - jeśli nie jedyny - który pozostał niezmieniony chyba od zawsze.. Przypomniał mi się Twój grudniowy list, o idealnych świętach w rodzinnym gronie, i rzeczywistości która często weryfikuje te cukierkowe obrazki serwowane w telewizji. Trudno nie zgodzić się ze zdaniem, że wigilia wśród tłumów i na cztery dni przed dwudziestym czwartym to jednak nie to samo co ta w domu, jak bardzo szczerze i z dobrego serca nie byłaby ona przygotowana.

 Czasy się zmieniają, kiedy byliśmy dziećmi wszystko wyglądało i smakowało inaczej niż teraz…dla mnie chyba to jest największą tęsknotą – smaki które były, a których nie będzie. No bo jak tu odtworzyć drożdżowe ciasto którego niedoścignioną mistrzynią była tylko i wyłącznie nieżyjąca już babcia? Jak dziś zrobić ten barszcz, o którym jako sześciolatka wiedziałam tylko tyle że jego powstanie owiane jest mgiełką tajemnicy, a sam proces zaczyna się już w połowie listopada?

Przepis pozostał, i na ciasto i na barszcz, i na całe mnóstwo innych rzeczy ale robią go już inni – technicznie i teoretycznie to wciąż te same składniki, ten sam czas potrzebny do wypieczenia, taki sam zakwas jako początek barszczu…a wszystko jakby inne. Nie znaczy że gorsze, czy mniej smaczne – po prostu inne, zrobione po swojemu, spróbowane i doprawione przez inne ręce. Takie, za którymi kiedyś w przyszłości zatęsknią pewnie młodsi od nas.


Jako dziecko zawsze ale to zawsze dostawałam pod choinkę „gorzką wawelską” – tylko taką uznawali moi bliscy, i choćbym nie wiem jak prosiła o fantazyjne nadzienia, to święta były czasem żelaznej tradycji w stosunku do dzieci, i czekolada po prostu musiała być taka a nie inna. Może to właśnie dlatego dziś ja sama – choć już dorosła – nadal proszę o małe słodycze pod choinkę i tak celebruję konkretny jej rodzaj. To jest coś co ciągle zabiera mnie w przestrzeń, po której pozostały w większości już tylko wspomnienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz